
Milion wybranych
Wiedeń, rok 1925. Wydawnictwo ruchu paneuropejskiego publikuje „Praktischer Idealismus” hrabiego Richarda Nikolausa Coudenhove-Kalergiego, syna austriacko-węgierskiego dyplomaty i córki tokijskiego kupca. Autor opisuje człowieka dalekiej przyszłości: mieszańca, który ma zastąpić narody, oraz żydostwo jako łono nowej, duchowej arystokracji Europy. Osiem lat później książka płonęła przed niemieckimi uniwersytetami, a po kolejnych pięciu jej autor uciekał z Europy przed niedoszłym malarzem, który ćwierć wieku wcześniej sprzedawał w tym samym Wiedniu widoki miasta. Wrócił w 1947 r. Dziś uchodzi za patrona zjednoczonej Europy; jako pierwszy otrzymał Nagrodę Karola Wielkiego w Akwizgranie, a wiedeńskie towarzystwo jego imienia wręcza co dwa lata Nagrodę Europejską Coudenhove-Kalergiego. Otrzymali ją między innymi kanclerz Angela Merkel i przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy.

Nim jednak przyjrzymy się temu bliżej, spójrzmy na organizację, która postępuje dokładnie odwrotnie niż europejskie „elity”: przyjmuje ludzi, których sama wybrała, na warunkach, które sama dyktuje, i mówi o tym na głos.
Izrael, bo o nim mowa, formalnie jest państwem; w praktyce jest wspólnotą, choć wolę nazywać go organizacją. Zmierzam zaś do tego, że owa organizacja sama projektuje własne członkostwo.
Organizacja, która wybiera
12 sierpnia 2026 r. minister finansów Izraela Bezalel Smotrich powiedział w wywiadzie dla „The Jerusalem Post”, że przygotowuje plan sprowadzenia w ciągu dekady miliona imigrantów żydowskich z Ameryki Północnej i Europy. Zapowiedział ustawę, która pozwoli całym wspólnotom diaspory otrzymywać ziemię i mieszkania z pominięciem przetargów; wzorcem mają być wspólnoty francuskie, zaproszone do przyjazdu w komplecie: „Przyjedź z rabinem, przyjedź ze szkołą, przyjedź ze wspólnotą”. Zamieszkać mają razem, ale docelowo – jak zastrzegł – wtopić się w izraelskie społeczeństwo. I jednym zdaniem dorysował granice tego zaproszenia: „Z drugiej strony nie chcemy, żeby za sto lat mówili tu po francusku”.
Zapamiętajmy to zdanie, bo jest kluczem do całego artykułu. Nawet najbardziej zapraszająca deklaracja tego człowieka ma domkniętą klauzulę tożsamościową. W Europie klauzulę taką uznaje się za przejaw rasizmu; w Jerozolimie – za zdrowy rozsądek.
Państwa Zachodu zamykają przed Smotrichem drzwi od czerwca 2025 r., najpierw Wielka Brytania, Kanada, Australia, Nowa Zelandia i Norwegia, a jeszcze w tym samym roku Słowenia, Holandia i Hiszpania. 5 czerwca 2026 r. dołączyła Irlandia, a cztery dni po niej Francja. Dwa miesiące później Smotrich stawia francuskie wspólnoty za wzór i wtrąca mimochodem: „gdy jeszcze zgadzają się wpuścić mnie do Francji”. To „jeszcze” nie jest więc obawą człowieka, przed którym drzwi dopiero mogłyby się zamknąć, tylko drwiną kogoś, przed kim już je zatrzaśnięto, a kto mimo to mówi o swoich wizytach we francuskich gminach tak, jakby miały trwać. Milion ludzi chce ściągnąć właśnie z Zachodu, i to z jego najlepiej zorganizowanych, najbardziej zasiedziałych wspólnot. Nie są to kurtuazyjne wizyty, tylko werbunek, co zresztą sam przyznaje, nazywając te wspólnoty wzorem.
Kalkulacja jest brutalnie uczciwa. „Jako minister finansów mówię: to nie wydatek, to inwestycja” – uzasadniał plan, powołując się na milion imigrantów z dawnego Związku Radzieckiego, którzy w latach dziewięćdziesiątych napędzili izraelską gospodarkę. Dziś brak rąk do pracy jest – jego słowami – jednym z głównych ograniczeń wzrostu. W 2022 r., rekordowym od przełomu wieków, przyjechało ponad 74 tysiące imigrantów, w 2025 r. – 22 522, z czego 8 499 ze Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii i Kanady (z samych Stanów 3 781). Milion z Zachodu w dekadzie to ponad dziesięciokrotność obecnego tempa. Za taką liczbą stoi realny program państwowy, a nie frazes rzucony ot tak w wywiadzie.
Prawo Powrotu z 1950 r., wraz z ustawą o obywatelstwie z 1952 r., daje Żydowi obywatelstwo z dniem przyjazdu, a po nowelizacji z 1970 r. także jego dzieciom, wnukom i ich małżonkom – bez konwersji i bez wymogu bycia Żydem według prawa religijnego. Kryterium nie zostało więc rozmyte, tylko zakreślone szerzej i nadal jest kryterium pochodzenia.
Że nie chodziło o otwartość, widać po tym, co stało się dalej. W 1990 r. Żydami było 93,1 procent przyjeżdżających z byłego ZSRR. W 2020 r. 28,3 procent; resztę, blisko osiem tysięcy osób, stanowili ludzie, którzy w rozumieniu prawa Żydami nie są. Wyciągnięto z tego wnioski: zmianę klauzuli wnuka zapowiedziano w umowach koalicyjnych z grudnia 2022 r., a w maju 2025 r. projekt jej zniesienia trafił do Knesetu.
Netanjahu podsumował to w marcu 2019 r., odpowiadając na wpis aktorki na Instagramie: „Izrael nie jest państwem wszystkich swoich obywateli. Zgodnie z ustawą zasadniczą, którą uchwaliliśmy, Izrael jest państwem narodowym narodu żydowskiego – i wyłącznie jego”. Nie ma w tym sprzeczności z klauzulą wnuka. Wnuk otwiera bramę, halacha otwiera dom. Brama liczy pochodzenie do trzeciego pokolenia, dom liczy je po matce. To wciąż ta sama miara, tylko węższa.
Praca tak, obywatelstwo nie
Najostrzej widać ten model na robotnikach. 10 października 2023 r. Izrael z dnia na dzień skasował zezwolenia gazańskim robotnikom i odciął od pracy ponad sto tysięcy Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu. Pewnie ktoś by powiedział, że to zastępstwo było przygotowane wcześniej: porozumienie z Indiami z maja 2023 r., jeszcze przed wojną, a umowa ramowa i protokoły wykonawcze podpisane w listopadzie 2023 r., miesiąc po ataku – czterdzieści dwa tysiące miejsc, trzydzieści cztery tysiące w budownictwie; do tego Tajlandczycy w rolnictwie, Chińczycy na budowach, obywatele Sri Lanki w opiece. W ciągu dwóch i pół roku liczba legalnych pracowników cudzoziemskich wzrosła ze stu dziewięciu tysięcy do blisko stu dziewięćdziesięciu sześciu tysięcy, a rządowy pułap ze 136 tysięcy do 336 tysięcy. Robotnik przyjeżdża na kontrakt: płaca według izraelskich ustaw, mieszkanie od pracodawcy, pobyt zamknięty kalendarzem – pięć lat i trzy miesiące, potem powrót. Bez ścieżki do obywatelstwa, bez prawa sprowadzenia rodziny, choć akurat ten zakaz nie obowiązuje wszystkich: dyplomata, badacz czy specjalista zarabiający dwukrotność średniej krajowej może wpisać na wizę żonę i dzieci. Robotnik nie. Cel tego rozróżnienia Stowarzyszenie Praw Obywatelskich w Izraelu nazywa wprost: żeby nie zapuścili korzeni. Człowiek jest tu mile widziany jako funkcja, a funkcja ma datę końcową wpisaną w dokument.
Datę końcową gazańskim robotnikom wyznaczono jednostronnie. Tych, których akurat zastano w Izraelu, zatrzymano masowo i przetrzymywano w obiektach na Zachodnim Brzegu. 2 listopada gabinet bezpieczeństwa postanowił zerwać wszelkie więzi z Gazą i odesłać ich do domu; od 3 listopada wywożono autobusami do przejścia Kerem Szalom – tysiące ludzi w ciągu kilku dni, wielu jeszcze z numerowanymi opaskami z ośrodka na nadgarstkach (NPR, „Washington Post”). Wracający opowiadali, że zatrzymanych rozbierano do naga i wydawano im pampersy, trzymano dziesięć dni z zawiązanymi oczami i spiętymi kończynami, bito godzinami i ciągnięto twarzą po żwirze (Human Rights Watch); upychano po stu pięćdziesięciu w metalowej klatce, w której według jednego z nich trzymano wcześniej kury albo króliki, i co chwilę zmuszano do wstawania (CNN); jednego z mężczyzn, zapytanego, czy chce się napić, oblano wrzątkiem, a jeden z powracających padł martwy w drodze (Middle East Eye).
Sześć organizacji praw człowieka złożyło 23 października petycję do Sądu Najwyższego, a 2 listopada Gisha i HaMoked drugą, w imieniu 568 ludzi. Sąd nie odniósł się ani do legalności zatrzymania, ani do przymusowego odesłania do strefy wojny; kolejne petycje odrzucał na gruncie formalnym. Ludzi, którzy jeszcze miesiąc wcześniej legalnie budowali Izrael, odesłano tam, gdzie właśnie spadały izraelskie bomby. Ten sam aparat, który cudzoziemcowi wpisuje datę powrotu w kontrakt, Gazańczykowi wyznaczył ją sam.
Sytuacja w Europie stanowi dokładne odwrócenie tego modelu. Ochrona tylko formalnie ma termin ważności, w praktyce trwa bezterminowo: odnowienie jest niemal automatyczne, po pięciu latach zwykle otwiera się droga do pobytu stałego, a cofnięcie statusu nie oznacza wyjazdu, bo kraje pochodzenia często odmawiają przyjęcia własnych obywateli, a Europa nie umie ich do tego zmusić.
Ci, których nie wybrano
W latach 2006-2012 przyszło do Izraela przez Półwysep Synaj około sześćdziesięciu tysięcy Erytrejczyków i Sudańczyków – bez zaproszenia, bez kontraktów, w ten sam sposób, w jaki ludzie przybywają do Europy przez Morze Śródziemne. Organizacja odpowiedziała trzema ruchami.
Pierwszy: mur. Ogrodzenie na granicy egipskiej, budowane od 2010 r., ukończone w 2013 r. W pierwszym półroczu 2012 r. nielegalnych przekroczeń było blisko dziesięć tysięcy; w pierwszym półroczu 2013 r. zatrzymano trzydzieści cztery osoby. Ten sam wynalazek, za który Węgry zbierały nagłówki o „twierdzy Europa”, w Izraelu jest rutyną ochrony granicy i przedmiotem dumy Netanjahu.

Drugi: prawo. Nowelizacje ustawy o zapobieganiu infiltracji, ośrodek zamknięty Saharonim, ośrodek otwarty Holot (2013-2018), ustawa depozytowa z 2017 r., zatrzymująca jedną piątą pensji migranta i wypłacająca ją na lotnisku przy wylocie z kraju. Sąd Najwyższy w kwietniu 2020 r. stosunkiem głosów sześć do jednego uznał to potrącenie za niekonstytucyjne i nakazał zwrot pieniędzy – a polityczną odpowiedzią było żądanie prawa Knesetu do obalania wyroków sądu. Nawet klęska mechanizmu pokazuje, kto i po co go ustanowił.
Trzeci: deportacja. W styczniu 2018 r. rząd zatwierdził wywóz około trzydziestu ośmiu tysięcy Erytrejczyków i Sudańczyków do Rwandy i Ugandy: trzy i pół tysiąca dolarów i bilet, a w razie odmowy – więzienie. W kwietniu tego samego roku Netanjahu zawarł z UNHCR kompromis, w którym połowa miała zostać rozproszona na Zachodzie, a połowa zalegalizowana w Izraelu, i zawiesił go w ciągu doby pod presją własnej koalicji.
Najbardziej wymowny jest licznik humanitarny. Od uruchomienia własnego systemu azylowego w 2009 r. Izrael uznał łącznie 578 uchodźców i przyznał 739 statusów humanitarnych, to jest mniej niż jeden procent wniosków. Status uchodźczy otrzymało przez cały ten czas około pięćdziesięciu Erytrejczyków. Ktoś powie, że mieszam porządki prawne. Prawo Powrotu jest ustawą o obywatelstwie, konwencja genewska traktatem, a do obywatelstwa nikt nie ma roszczenia, do ochrony zaś uchodźca je ma. Już samo to stawia rzecz na głowie, ale niech będzie, zgoda. Zostawmy obywatelstwo w spokoju i zostańmy przy konwencji, którą Izrael ratyfikował w 1954 r., a protokół do niej w 1968; na dodatek był jednym z państw, które konwencję redagowały, a jego pełnomocnik podpisał ją w Genewie 1 sierpnia 1951 r. jako trzynasty na świecie. Jedna konwencja, jeden lud, dwie decyzje. A ściślej: jedna decyzja i jeden jej brak, bo większość izraelskich wniosków nie została w ogóle rozpatrzona. Odmowa daje prawo do odwołania. Brak decyzji nie daje nic. Wedle unijnej agencji ds. azylu wskaźnik przyznawania ochrony Erytrejczykom w pierwszej instancji nie schodzi od 2015 r. poniżej siedemdziesięciu dziewięciu procent i nie przekracza osiemdziesięciu dziewięciu – osiemdziesiąt jeden procent w 2021 r., osiemdziesiąt cztery procent w 2022 r. W Wielkiej Brytanii erytrejskie wnioski z lat 2020-2024 kończyły się, łącznie z odwołaniami, przyznaniem ochrony w dziewięćdziesięciu czterech procentach przypadków, a w samym 2025 r. brytyjska pierwsza instancja przyznała ją w osiemdziesięciu siedmiu procentach decyzji. W Izraelu odsetek uznanych wniosków nie przekracza pół procenta. To nie jest odmienność interpretacji; to selekcja.

Język tej polityki bywa przy tym szczery do bólu. W maju 2012 r. posłanka Miri Regev nazwała migrantów na wiecu „rakiem w naszym ciele”, a potem przepraszała – chorych na raka, że zestawiła ich z migrantami. W czerwcu 2012 r. ówczesny minister spraw wewnętrznych Eli Jiszaj powiedział w „Ma'ariw”: „Muzułmanie, którzy tu przybywają, nie wierzą nawet, że ten kraj należy do nas, do białego człowieka”. Nagłówek „Izrael należy do białego człowieka” był skrótem zagranicznych redakcji; pełne zdanie jest łagodniejsze, ale konstrukcja „do nas, do białego człowieka” pozostaje w nim jako samoopis rządzącego. Gdyby analogiczne zdanie padło w Brukseli, stałoby się podręcznikowym przykładem rasizmu instytucjonalnego, a jego autor musiałby odejść. W Jerozolimie zdanie przetrwało sprawdzenie faktów, a jego autor pozostał ministrem spraw wewnętrznych do końca kadencji, nie ponosząc za nie żadnych konsekwencji. Co więcej, wspomniana Miri Regev w kolejnych latach również została ministrem.

I rzecz najważniejsza: nawet słynny ratunek przeszedł przez ten sam filtr. Operacja Salomon, noc z 24 na 25 maja 1991 r. – 14 325 ludzi w ciągu trzydziestu sześciu godzin, trzydzieści pięć samolotów, rekord świata w jednym locie: 747 z ponad tysiącem pasażerów na pokładzie. Operacja ta nie była spontanicznym miłosierdziem. Mengystu Hajle Marjam uciekł z kraju trzy dni wcześniej; zgodę na start wykupiono od jego następców za trzydzieści pięć milionów dolarów zebranych przez amerykańskie organizacje żydowskie, a negocjatorem z ramienia prezydenta Busha był były senator Rudy Boschwitz. Dyktatora nie było już w kraju, ale dobra wola jego spadkobierców miała cenę, i to ona została zapłacona. Wspólnota, którą ratowano, weszła do samolotu jako żydowska; jej rodacy, których przodkowie pokolenia wcześniej przyjęli chrześcijaństwo – tak zwani Falasza Mura – mogli przyjeżdżać od lat dziewięćdziesiątych, ale pod warunkiem pełnej konwersji. Nawet ratowanie życia przechodziło przez filtr członkostwa.
Lustro
Przyjrzyjmy się teraz tym, którzy projektują imigrację na drugim brzegu Morza Śródziemnego – i co mówią na głos, choć do dnia dzisiejszego zbyt niewielu ludzi wyciąga z tego wnioski.
Grudzień 2008 r. Prezydent Nicolas Sarkozy w École Polytechnique: „Celem jest sprostanie wyzwaniu metysacji, jakie stawia przed nami wiek dwudziesty pierwszy. To nie wybór, to obowiązek, imperatyw. Nie możemy postąpić inaczej, bo groziłyby nam poważne problemy. Musimy się zmienić, więc się zmienimy. Zmienimy się wszędzie naraz: w przedsiębiorstwach, w administracji, w edukacji, w partiach politycznych. I nałożymy na siebie obowiązek wyników. Gdyby ten republikański woluntaryzm nie zadziałał, Republika będzie musiała przejść do metod jeszcze bardziej przymuszających”.
Październik 2009 r. Andrew Neather, były autor przemówień Blaira i Strawa, w „Evening Standard”: „Celową polityką ministrów od końca 2000 roku, przynajmniej do lutego zeszłego roku, było otwarcie Wielkiej Brytanii na masową migrację. Wychodziłem z niektórych rozmów z wyraźnym poczuciem, że polityka ta miała – nawet jeśli nie był to jej cel główny – wetrzeć prawicy nos w różnorodność i odebrać jej argumentom aktualność”. Sam autor później zastrzegał, że celem głównym był rynek pracy; cel polityczny w jego własnym tekście figuruje jako pomocniczy – ale figuruje, czarno na białym, za jego podpisem.
Czerwiec 2012 r. Peter Sutherland, ówczesny specjalny przedstawiciel ONZ do spraw migracji, przed podkomisją Izby Lordów: to, że my, Europejczycy, „wciąż pielęgnujemy poczucie naszej jednorodności i odrębności od innych”, jest dokładnie tym, co Unia Europejska „powinna ze wszystkich sił podkopywać”; a migracja to kluczowa siła napędowa wzrostu gospodarczego w części państw Unii, „choćby nie wiem jak trudno było to wytłumaczyć ich obywatelom”.
Październik 2015 r. Frans Timmermans, pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej: „Różnorodność jest przeznaczeniem ludzkości. Nawet w najdalszych zakątkach tej planety nie będzie narodu, który nie zobaczy różnorodności w swojej przyszłości. […] A politycy, którzy próbują sprzedawać wyborcom społeczeństwo złożone wyłącznie z ludzi jednej kultury, opisują przyszłość opartą na przeszłości, która nigdy nie istniała. Dlatego ta przyszłość nigdy nie nastąpi”.
W orędziu o stanie Unii z 2023 r. Ursula von der Leyen mówi: „potrzebujemy wykwalifikowanej migracji”. Zdanie demograficznie prawdziwe, ale z trzech dopełnień, które Smotrich podał jednym tchem, pada w nim tylko jedno, i to ogólnikowo: jakich. Na jak długo i kto decyduje, tego już nie mówi.
Żadne z powyższych zdań nie zakończyło żadnej kariery. Zakończyłaby je wersja odwrotna: zapowiedź, że Europa chce pozostać europejska.
Człowiek od człowieka przyszłości
Wróćmy do Wiednia, bo sceneria jest znakomita. Rok 1923. Richard Coudenhove-Kalergi zakłada Unię Paneuropejską i kieruje nią przez pół wieku. Dziś oficjalnie uchodzi za ojca chrzestnego integracji europejskiej. Dwa lata później jego wydawnictwo drukuje „Praktischer Idealismus”.
W rozdziale „Chów wsobny – krzyżowanie” (Inzucht – Kreuzung, strony 20-23 wydania z 1925 r.; cytat na stronach 22-23) czytamy: „Człowiek dalekiej przyszłości będzie mieszańcem. Dzisiejsze rasy i kasty padną ofiarą narastającego przezwyciężania przestrzeni, czasu i uprzedzeń. Euroazjatycko-negroidalna rasa przyszłości, z wyglądu podobna do starożytnych Egipcjan, zastąpi różnorodność narodów różnorodnością osobowości”. I kilka akapitów dalej, w tym samym rozdziale: „Chów wsobny tworzy typy charakterystyczne – krzyżowanie tworzy osobowości oryginalne”.
W rozdziale „Żydostwo i szlachta przyszłości” (Judentum und Zukunftsadel, strony 49-54; cytaty na stronach 49-51) autor dopowiada to, co dla jego wizji jest centralne – zastrzegając przypisem, że rzecz odnosi się w pierwszym rzędzie do Żydów Europy Środkowej i Wschodniej: „Głównymi nosicielami zepsutej, jak i nieskażonej szlachty umysłowej – kapitalizmu, dziennikarstwa, zawodów literackich – są Żydzi. Wyższość ich ducha predestynuje ich na główny czynnik przyszłej szlachty”. I wprost: „Nie: żydostwo jest nową szlachtą; lecz żydostwo jest łonem, z którego wychodzi nowa, duchowa arystokracja Europy – rdzeniem, wokół którego ta arystokracja się skupia”.
W tej książce nie pada żaden rozkaz. Ale rozkaz to najsłabsza z form władzy. Religie, sekty i kasty rodzą się z ksiąg, nie z zarządzeń, a ludzie idą za wizją tym chętniej, im mocniej czują, że przewodnik jest swój: że wyszedł z ich środowiska. Hrabia niczego nie nakazał. Opisał przyszłość, którą uznał za pożądaną: mieszańcom przypisał wprost rolę „oryginalnych osobowości” naprzeciw „typom charakterystycznym” z chowu wsobnego. Ruch, który założył, od początku kierował swoje przesłanie nie do mas, lecz do mężów stanu, przemysłowców i intelektualistów. Taka wizja nie potrzebuje spisku; potrzebuje wiernych, pieniędzy i stulecia. Wszystko to się znalazło, a kwestię pieniędzy ukazuję poniżej. Dlatego „plan Kalergiego” rozumiany jako tajemnica jest tworem wtórnym: ta księga nigdy nie była ukryta. Bywała poza dyskusją. Program, który sam siebie finansuje i sam siebie dekoruje, nie potrzebuje konspiracji, tylko milczenia.
Trzy fakty domykają obraz. W 1924 r. ruch Kalergiego przetrwał finansowo dzięki sześćdziesięciu tysiącom marek w złocie od Maxa Warburga, hamburskiego bankiera, którego brat Paul współtworzył amerykański System Rezerwy Federalnej; ruch wsparła też międzywojenna Czechosłowacja, a honorowym prezesem został Aristide Briand. Po drugiej wojnie ruchy federalistyczne, z których wyrosła dzisiejsza Unia, finansował przez dekadę American Committee on United Europe – organizacja fasadowa kierowana przez Williama Donovana, szefa amerykańskiego wywiadu wojennego, i Allena Dullesa, przyszłego dyrektora CIA, z amerykańskich budżetów wywiadowczych, co udokumentował historyk Richard Aldrich na podstawie odtajnionych dokumentów. To inna linia niż Paneuropa – ale obie pokazują, że ideologia ponadnarodowa żywiła się od początku z rąk, których nikt w Europie nie wybierał. I wreszcie, ten sam Kalergi został pierwszym laureatem Nagrody Karola Wielkiego w 1950 r., a wiedeńskie towarzystwo jego imienia odznacza co dwa lata kolejnych budowniczych wspólnej Europy – Kohla, Merkel, Van Rompuya, Junckera.

Zdanie o mieszańcu nie jest jednak pointą tej książki, tylko jej przesłanką. Pointa stoi w zakończeniu części pierwszej, na stronach 55-57, i czytałem ją dwa razy, żeby się upewnić, że dobrze przeczytałem. Gdy padną sztuczne bariery wzniesione przez feudalizm i kapitalizm – pisze autor – najpiękniejsze kobiety przypadną automatycznie najwybitniejszym mężczyznom, a gorsi będą musieli zadowolić się gorszymi; formą erotyczną przeciętnych ma być wolna miłość, wybranych zaś wolne małżeństwo. Nowa szlachta hodowlana przyszłości nie wyniknie więc ze sztucznych norm kastowych, lecz z tego, co nazywa boskimi prawami eugeniki erotycznej. I zdanie ostatnie: socjalizm, który zaczął od zniesienia szlachty i zniwelowania ludzkości, ma uwieńczyć dzieło hodowlą szlachty i zróżnicowaniem ludzkości – przeprowadzając ją od nierówności niesprawiedliwej przez równość do nierówności sprawiedliwej.
W europejskiej debacie te cytaty kwituje się słowami „teoria spiskowa”, a najwyżej można się tu dopatrzeć spisku teoretycznego: wydrukowanego, rozesłanego przywódcom i przez stulecie hojnie opłacanego. Na uroczystościach wręczania nagród te same osoby zbierają owacje dla ojca założyciela. Tych dwóch postaw wobec jednego człowieka nie da się pogodzić – a książka, w odróżnieniu od ocen, leży dostępna w skanie pierwszego wydania.
Liczby zamiast wzruszeń

Teraz liczby, z jednym zastrzeżeniem, bo w tej dyscyplinie to, kogo liczymy, jest ważniejsze niż to, jaki będzie wynik. Pew Research Center („Europe's Growing Muslim Population”, 2017): muzułmanie stanowili w 2016 r. 4,9 procent ludności Europy (ówczesna Unia Europejska, Szwajcaria i Norwegia); na 2050 r. trzy scenariusze – bez dalszej migracji 7,4 procent (to sama struktura wieku i dzietności), przy średnim napływie 11,2, przy wysokim 14,0. Ale to liczba wyznaniowa, nie migracyjna: liczy wyznanie, nie pochodzenie, więc obejmuje muzułmanów europejskich od pokoleń i nic nie mówi o pozostałych przybyszach. Inna tabela – ludzie urodzeni za granicą – pokazuje w Unii około czternastu procent mieszkańców, ale traci ślad przy pierwszym dziecku urodzonym już na miejscu: wnuk Algierczyka w Marsylii albo Turka w Kolonii nie istnieje w tej statystyce, choć istnieje w kraju. W Niemczech Federalny Urząd Statystyczny liczy wprost „osoby z pochodzeniem migracyjnym” (Menschen mit Migrationshintergrund): blisko co trzeci mieszkaniec (30,4 procent w 2024 r.). Każda z tych liczb jest prawdziwa i wszystkie są prawdziwe jednocześnie, a o wyniku decyduje nie arytmetyka, lecz słownik. Tak samo matematyką decyzji, a nie przeznaczeniem, jest różnica z raportu Pew między siedmioma a czternastoma procentami. Proces jest sterowalny, jeżeli ktoś chce nim sterować, a jego obraz zależy od tego, kto ustala definicję.
Duńskie Ministerstwo Finansów sporządza analizę wkładu netto imigrantów do finansów publicznych, a Ministerstwo ds. Cudzoziemców i Integracji wydaje do niej komunikat prasowy. Raporty pojawiają się nieregularnie. W 2018 r. migracja spoza Zachodu i potomkowie migrantów kosztowali budżet netto trzydzieści jeden miliardów koron; sama grupa z Bliskiego Wschodu, Afryki Północnej, Pakistanu i Turcji – dwadzieścia cztery miliardy, osiemdziesiąt pięć tysięcy koron na człowieka rocznie. Imigranci z Zachodu wnosili wkład dodatni. Ogłaszając te dane 15 października 2021 r., socjaldemokratyczny minister ds. cudzoziemców i integracji Mattias Tesfaye streścił je zdaniem, którego w takiej sytuacji nie powtórzyłby w Brukseli nikt, nawet najodważniejszy: „Surowa polityka cudzoziemska działa”.
Niemcy wydają na uchodźców z samego budżetu federalnego około trzydziestu miliardów euro rocznie – 29,7 mld w 2023 r., czyli 6,4 procent wszystkich wydatków federacji, 28,4 mld planowane na 2024 r. i 24,3 mld na 2025 r. – nie licząc tego, co dokładają kraje związkowe i gminy. Unijny fundusz AMIF ma na lata 2021-2027 niemal dziesięć miliardów euro. Ile z tych pieniędzy wraca do Brukseli jako lobbing, nie wie nikt – łącznie z Komisją. Europejski Trybunał Obrachunkowy stwierdził w kwietniu 2025 r., że Komisja nie ujawnia należycie finansowanych z budżetu UE działań rzeczniczych organizacji pozarządowych i nie sprawdza ich aktywnie; w badanym okresie 2021-2023 organizacje te otrzymały w politykach wewnętrznych, w tym migracyjnej, 7,4 miliarda euro. Wytyczne mówiące, że umowa o dotację nie powinna wymagać od beneficjenta lobbowania instytucji UE, Komisja wydała dopiero w trakcie tego audytu.
Wojna jako dźwignia
I wątek, którego unikają obie debaty – europejska i izraelska. W Europie jest dziś zarejestrowanych około pięciu i dwóch dziesiątych miliona obywateli Ukrainy, z czego około czterech i czterech dziesiątych miliona w samej Unii Europejskiej, najwięcej w Niemczech (1,29 mln) i w Polsce (0,96 mln). Mężczyźni w wieku od 23 do 60 lat nie mogą legalnie opuścić kraju, a dzietność spadła poniżej jednego dziecka na kobietę – to jeden z najniższych wskaźników na świecie. Niezależnie od wyniku tej wojny demografia Ukrainy jest przesądzona na dziesięciolecia; to jedyny jej rezultat znany już dziś. Zachód w niej uczestniczy pieniędzmi, sprzętem i danymi wywiadowczymi – a każde zwolnione miejsce prędzej czy później ktoś zajmie.

Nie jest to teatr przypadkowy, więc spójrzmy, kto na nim gra. Ukraina wyniosła kult formacji banderowskich do rangi prawa państwowego: dekady po tym, jak na Wołyniu wymordowano przynajmniej dziesiątki tysięcy polskich cywilów, ustawy z 2015 r. otaczają OUN i UPA czcią, pod pomnikami palą się coroczne pochodnie, a batalion Azow nosił w pierwszym emblemacie wilczy hak i czarne słońce – symbole, których pochodzenia nie trzeba było nikomu tłumaczyć. Ten sam kraj ma dziś prezydenta pochodzenia żydowskiego, wnuka żołnierza Armii Czerwonej. To układ młodszy od rytuałów, obok których trwa. Piszę to bez satysfakcji i bez złudzeń; piszę, ponieważ o przyszłości regionu rozstrzyga pamięć jego mieszkańców lub sąsiadów, a pamięć Europy Środkowej i Wschodniej przeżyła już niejedną granicę.

Kto zajmie opróżnione miejsce – w Kijowie mówi się o tym ciszej niż w Brukseli. Zełenski zapowiedział już w kwietniu 2022 r., że powojenna Ukraina stanie się „wielkim Izraelem”: mówił o modelu bezpieczeństwa, nie o ludności, lecz w tej części świata metafory bywają programami. 7 października potępił atak w orędziu wideo i zapewnił Izrael o solidarności; prowadząc wojnę na wyniszczenie, znalazł czas, by zabrać głos w cudzej. Zełenski mówi też od lat o żydowskiej Ukrainie jako o domu, w którym Żydzi mieszkają od stuleci, ale to poziom symboliczny, nie bezpośrednia oferta. Ziemia ma ponadto chazarską przeszłość. Stepy czarnomorskie były zachodnim skrajem kaganatu Chazarów i Kijów płacił mu daninę. Trójząb, znak wybity na monetach Włodzimierza Wielkiego, część badaczy wywodzi z chazarskich tamg. Wątek chazarski ma zresztą źródło bliższe, niż się sądzi. Stoi na stronach 49-50 tej samej wiedeńskiej książki. Autor pisze, że dwa tysiące lat temu żydostwo było wspólnotą religijną złożoną z jednostek ze wszystkich narodów antycznego kręgu kulturowego, z narodowo-hebrajskim ośrodkiem w Palestynie, że w ciągu pierwszego tysiąclecia wstępowali do niej prozelici ze wszystkich ludów – jako ostatni król, szlachta i lud mongolskich Chazarów, panów południowej Rosji – i że dopiero od tego momentu wspólnota religijna zwarła się w sztuczną wspólnotę ludową, zamykając się wobec pozostałych narodów. Autor podaje to jako fakt historyczny. Spór o rodowody bywa tu infrastrukturą ważniejszą niż gazociągi. Kto szuka domu, wraca zwykle tam, skąd go wypędzono. Te ziemie odwiecznie przyjmowały wszystkich wypędzonych i wszystkich zesłanych – tędy szły rozmaite ucieczki, najemne bitwy i przymusowe wędrówki, toteż „kresy” nie były tylko nazwą miejsca, lecz nazwą funkcji: ziemi, przez którą się przechodzi i na której się osiada, gdy nie ma dokąd wracać, oraz ziemi dla wygnanych.
Trwanie w Europie przy własnym pniu – wielopokoleniowym, a nie naszkicowanym na biurkach ostatniego stulecia – nie jest nostalgią. W tej arytmetyce jest jedyną polityką, która w ogóle wymaga działania, bo wymiana dokonuje się sama; wystarczy jej nie przeszkadzać. A czy nie brakuje chętnych, by rozmyślnie jej nie przeszkadzać, niech czytelnik oceni sam na podstawie wcześniejszych akapitów.
Coda
Dla Izraela imigracja jest narzędziem wspólnoty i wspólnota wybiera ludzi według własnego kryterium. Powołuje ich do obywatelstwa lub wyłącznie do kontraktu, a następnie potrafi domknąć gościnę. Dla Europy imigracja jest kwestią wartości, ale do tego przejdziemy na samym końcu, ponieważ trzeba tutaj dopowiedzieć, kim jest owa „wspólnota”.
W żadnej demokracji nie jest nią ogół ani nawet większość, na tym polu można raczej mówić o mniejszości, a nawet o jednostkach. Rząd powstaje z większości mandatów, mandaty z części oddanych głosów, a głosy z części uprawnionych; każda z tych części jest mniejsza od poprzedniej, aż na samym końcu decyzję podejmuje jeden człowiek, rzekomo reprezentując wolę ludu, co w praktyce jest niemożliwe. Lud rzadko miewa jedną wolę, może poza podstawowymi potrzebami egzystencjalnymi. Przykład mamy pod ręką. O klauzuli wnuka, czyli o tym, kto ma prawo wejść do państwa dziesięciu milionów ludzi, rozstrzygało prawo weta jednego koalicjanta, wygasające z chwilą fuzji jego partii z większą. Jedna decyzja i jeden podpis miały większą wartość niż wszystkie karty wrzucone do urn.
Nietrudno przyznać, że nie jest to obserwacja nowa i wcale nie trzeba jej szukać u przeciwników Unii. Napisał ją ten sam hrabia z Wiednia w 1925 r. Na stronie 31: „Nasza demokratyczna epoka jest żałosną przygrywką między dwiema wielkimi epokami arystokratycznymi: feudalną arystokracją miecza i społeczną arystokracją ducha. Arystokracja feudalna chyli się ku upadkowi, arystokracja ducha dopiero powstaje. Czas przejściowy nazywa się demokratycznym, w rzeczywistości jednak rządzi nim pseudoarystokracja pieniądza”. Zaledwie osiem stron dalej wyjaśnia, jak to działa: „Dziś demokracja jest fasadą plutokracji: ponieważ narody nie zniosłyby plutokracji nagiej, zostawia się im władzę nominalną, podczas gdy władza faktyczna spoczywa w rękach plutokratów. W demokracjach republikańskich i monarchicznych mężowie stanu są marionetkami, kapitaliści pociągają za sznurki: dyktują wytyczne polityki, przez wykup opinii publicznej panują nad wyborcami, a przez stosunki handlowe i towarzyskie nad ministrami”. Wspomina również, że plutokracja dzisiejsza jest potężniejsza niż wczorajsza arystokracja, bo nie stoi nad nią nikt prócz państwa, które jest jej narzędziem i pomocnikiem. Osiemdziesiąt pięć lat później nagroda jego imienia trafia do kanclerz Niemiec, a tych stron nie cytuje prawie nikt.
I trzeba tu zaznaczyć wyraźnie, że decydowanie przez jednostki nie jest złym pomysłem, a nawet pozwolę sobie na stwierdzenie, że wynika z natury, pod jednym warunkiem, że decyzja i jej skutek spadają na tę samą głowę. Kto decyduje za siebie, przyjmuje ciężar odpowiedzialności. Kto decyduje za kogoś, powinien odpowiadać majątkiem, godnością, przynależnością, a być może i wolnością, szczególnie jeśli wyrządzi szkody na dużą skalę lub fizyczne. Cała konstrukcja stoi na tym jednym gwoździu, na odpowiedzialności, a obecny system demokratyczny ten gwóźdź wyciąga.
W demokracji bowiem decyduje owa jednostka wybrana przez grupę, którą wcześniej wybrała inna grupa, którą wybrała jeszcze inna grupa, a ci, którzy skreślali nazwiska, tracą wpływ w sekundzie zamknięcia lokalu. Przez następne cztery lata decyduje się w ich imieniu, ale bez ich zgody, i bez konsekwencji dla decydującego. Odpowiedzialnością jest tu wyłącznie ryzyko nieprzedłużenia posady, a i to często długo po fakcie. Jeśli lud się wzburzy, dostaje po paru latach to samo pokrętło, tylko inaczej pomalowane i inaczej obrócone. I tak w kółko.
Przy innych proporcjach nie byłoby lepiej, choć proporcje to argument podnoszony wielokrotnie: wystarczy, że wygrają inni, wystarczy, że tym razem wybierzemy lepiej, wystarczy, że będzie nas więcej. Nie byłoby lepiej. Wada nie polega na tym, że decydująca mniejszość jest za mała albo że dokonano złego wyboru. Wada polega na samym założeniu, że policzenie głów tworzy uprawnienie: że z tego, ilu ludzi czegoś chce, wynika, iż wolno im to zrobić temu, kto nie chce. W taki sposób można wprowadzić wszystko, zarówno korzyści, jak i szkody. Głosowanie nie rozstrzyga niczego, czego nie rozstrzygnęłaby przewaga siły, ono wyłącznie tę siłę oszczędza, z góry zobowiązując przegranego, by uznał wynik za własny. Na tym polega cała jego funkcja, jak i sama demokracja – nie na wyborze, lecz na zgodzie wymuszonej zawczasu na każdy przyszły wybór. Z tego właśnie powodu pytanie „kto wygrał” jest źle postawione. Właściwe pytanie brzmi: skąd ktokolwiek wziął tytuł, by w mojej sprawie decydować.
Cała pozostała otoczka to scenografia. Prawica i lewica to dwa położenia wspomnianego wcześniej jednego pokrętła z napisem „zmiana”, które za każdym razem wraca na tę samą pozycję. Żaden ruch nie wyprowadza poza tarczę. Nazwiska na listach układa kto inny niż ten, kto je skreśla, a kadencja kończy się obietnicą, że następnym razem wreszcie się uda, a nie udaje się nigdy, bo cała ta konstrukcja nie po to powstała.
Człowiek tymczasem ma prawa, których nie dostał od żadnego parlamentu, organizacji czy państwa: prawo do własnego ciała, do swojego dorobku, do ziemi, na której żyje – a tym bardziej do tej, z której jego przodkowie pochodzą i którą zamieszkiwali od wieków. Społeczności stworzone z takich ludzi mają prawo do bezpośredniego decydowania o swoim losie i losach krainy, którą zamieszkują, a jeśli występuje taka potrzeba, to w oparciu o pośredników, których wybiorą z własnego otoczenia, na podstawie własnych decyzji i których rozliczą z wykonanej pracy. Z tą różnicą, że do takiej wspólnoty się przystępuje, a nie rodzi się w niej pod przymusem, a jej rozstrzygnięcia obowiązują tych, którzy przystąpili, i nikogo więcej. Kto nie chce, odchodzi i nic mu za to nie grozi; kto nie decyduje, nie przyjmuje bezpośrednich konsekwencji i korzyści; kto decyduje, przyjmuje ciężar odpowiedzialności, i najważniejsze: nikogo nie można do niczego przymusić ani decydować w jego imieniu. To jest cała różnica między wspólnotą a państwem.
Ustawa, która ogranicza takie prawa, nie przestaje być ustawą, ale przestaje być prawem; wnikliwi powiedzą zresztą, że żadna ustawa nigdy prawem nie była, podobnie jak cały aparat państwa. A konstrukt, który takie ustawy wydaje, staje się wrogiem społeczności, do której są skierowane. Jest to w skali wieków wynalazek wczorajszy: dwa stulecia, licząc hojnie. Rdzenny mieszkaniec swojej ziemi musi dziś prosić o pozwolenie instytucję młodszą od pamięci własnego rodu.
Zarzut ten dotyczy każdej instytucji demokratycznej i nie tylko demokratycznej, tej europejskiej nie inaczej. Różnica między Izraelem a Europą jest jedna i leży w jawności. Izrael nazywa kryterium po imieniu i zapisuje je w ustawie, więc da się je wskazać, zacytować i rozliczyć.
Europa mówi, że imigracja jest wartością samą w sobie – więc nie wymaga kryterium, terminu ani odpowiedzialności. Za pierwszym stanowiskiem stoją ustawy, mur, licznik deportacji i uznanych uchodźców. Za drugim metysacja jako obowiązek i groźba przymusu (Sarkozy), podkopywanie jednorodności (Sutherland), przeznaczenie ludzkości i „przeszłość, która nigdy nie istniała” (Timmermans) oraz hrabia sprzed stu lat, którego imieniem „elity” nazywają nagrody dla samych siebie, a cytatów z niego unikają jak ognia.

Wartość, która nie podaje kryteriów, uwalnia od odpowiedzialności – i o to w tej konstrukcji właśnie chodzi.
A książka z Wiednia wciąż leży na stole. Wystarczy ją otworzyć.